PRZYCHODNIA

wybór z notatników

Przychodnia to miejsce pracy w nieczynnym pawilonie będącym częścią dużego kompleksu dawnego Szpitala Kolejowego przy ulicy Lea 44 w Krakowie. Podczas roboty nazywałem ją zamiennie Królestwem lub Królestwem KRECHTZ.

KRECHTZ = westchnienie, pochodzi z języka jidysz

Królestwo KRECHTZ = królestwo westchnień. A także KRECHTZ królestwa – czyli głosy przychodni i szpitala.

Etymologia nieznanego – specjalny wymiar KRECHTZ. Przejmujesz się, wzdychasz. Nie jesteś autorem KRECHTZ, westchnienie tylko rodzi się w tobie.

2014

Sprowadzić życie do jednego westchnienia. Potrzebujemy zatem ramy, sceny, architektury dla westchnień. Wzdychania w pokojach, które kiedyś znikną choć pozostaną lub raczej poszerzą rozrzedzoną atmosferę ciągłego wzdechu i zdechu świata.

Uznając KRECHTZ (siłę napędową przychodni/ królestwa) za reprezentację aktywnej chwili, mam w ręku kredyt, którego nijak nie jestem w stanie spłacić. A jednak afirmacyjnie muszę go spłacać, wybieram zatem własne środki płatnicze, spłacam wizerunkami.

W przychodni, KRECHTZ, obowiązuje dyrektywa: na fizyczną strukturę każdego pomieszczenia/gabinetu nakładam inną strukturę „głosu serca”: jeśli w jednym gabinecie jestem wściekłym lekarzem to w innym jestem do rany przyłóż pacjentem. Przejście korytarzem to czas neutralny, koleś krąży i zapomina rolę do odegrania. Gabinety to klatki/sceny dla jednego bądź drugiego: lekarz nie spotyka się z pacjentem twarzą w twarz, widzi jedynie imaginację pacjenta. Rysuje dla niego ale i w jego imieniu. Podobnie działa pacjent, konfabulując rysunkiem zdarzenia bycia lekarzem. W sumie nie wiadomo, który jest który ale to dobry kłopot.

KRECHTZ (przychodnia/królestwo) jako immunitas czyli uwolnienie się od obciążeń.

Nikt nie lubi gdy to, co uważał za pewnik, przestaje obowiązywać. Ordynator placówki mówi: hoduj w sobie zapadki, które wchłoną twoje przyzwyczajenia oraz pociechy wynikające z poczucia rutyny tożsamości. W przychodni osłabiamy ból nieznanego, czasem go wzmacniamy. Z pewnością niczego tu nie konserwujemy.

Only an old Jew can KRECHTZ.
A co z pytaniem: do you Krechtz?

KRECHTZ – czyli zero światopoglądu – tylko jakiś rodzaj światobrazu z pajęczyny nerwowej. W KRECHTZ nie ma podoba się, nie podoba się.
A ty, pacjencie, masz być po prostu przytomny. I to wystarczy.

Niedziela. Mowa księdza z głośników nakościelnych. W klitce recepcji przychodni rysuję portret Coosje van Bruggen, kolejnej bohaterki „Kobiet”, które zaludniają schody. Schody prowadzą do nieczynnego szpitala, plecami sąsiadującego z kościołem. Echo, pogłos kazania, szeleści papierami i płachtą plastiku zabezpieczającego wybite okno drzwi do przychodni. Słyszę:

chwała Najwyższemu, że możesz cyknąć fotkę i narysować rysunek,
chwała Najwyższemu, że możesz ruszyć nogą,
chwała Najwyższemu, że możesz ustawić przy ścianie kilka przedmiotów,
chwała Najwyższemu, że możesz łączyć bez szukania jedności,
chwała Najwyższemu, że Yoel Hoffmann napisał „Cariculum Vita”,
chwała Najwyższemu, że masz całość na każdym kroku.
chwała Najwyższemu, że kolejny i kolejny obraz jest post-miłosny,
chwała Najwyższemu, że nieprawdopodobieństwo nie występuje,
chwała Najwyższemu, że zwisa ci unikalność,
chwała Najwyższemu, że drzewo będzie tak samo obecne za miesiąc,
chwała Najwyższemu, że nie musisz ostrożnie dobierać słów,
chwała Najwyższemu, że nie musisz być głęboki,
chwała Najwyższemu, że możesz skrupulatnie strugać ołówki i kredki,
chwała Najwyższemu, że nie musisz szukać uznania dla pracy, której nikt od ciebie nie wymaga,
chwała Najwyższemu za nieskończoną plastyczność i przygodność świata,
chwała Najwyższemu za blur, który poprzedza każdy rysunek,
chwała Najwyższemu, że dzięki rysowaniu widzisz wyostrzony obraz.
Ukłony dla Paula Theka (obecnie w zaświatach).

2015

Sceny w pokojach/gabinetach przychodni lecą samopas, figury lekarza i pacjenta zniknęły. Obecnie rysuje chmara statystów i w sumie, jako kolektywne ciało rysownicze (i rzeźbiarskie), nieźle im idzie. Nie oszczędzamy się i niczego sobie nie objaśniamy. To znaczy, pod wieczór, gdy zostaję sam, zupełnie nieobjaśniony, wiem tyle, że soma nie musi szukać semy. Ściślej: soma to tysiące spraw, dużych, małych od tłustości ołówka po nitki, krzewy, lekkość i bóle stawów, radości z plus trzech stopni w przychodni. Tym wszystkim oczywiście zarządza sema/język/pismo. Tyle, że setki razy w przychodni/królestwie łapałem się na bezproduktywności przeniesienia tego co widzę o szczebel „wyżej” bądź „obok” widoku, że przenośnie, owszem, budują przestrzeń super akrobatyki (myśli, interpretacji) ale jednocześnie osłabiają dramatyczność obrazowania, dramatyczność sztuk rysunkowych.
Przestrzeń przychodni zapełnia się miarowo, raczej powoli – to pączkujący przestrzennie notatnik. Poczciwe 160 m2 zwielokrotnione powierzchnią ścian, sufitów ujawnia swoisty metabolizm obrazów. Niemal wszystkie fragmenty (podłogowe, ścienne, sufitowe) prowadza podjazdową walkę o bycie zauważonym, zauważoną. Popiskują: zrób coś ze mną a nie z tym dużym. Oczywiście duże rysunki sięgają przywileju stosownej długowieczności, potrzebują realizacyjnie więcej czasu, na przykład dwóch tygodni.

Nie dość podkreślania, że nie mam nic do powiedzenia a jedynie coś do pokazania. Rysunek zrobiony pięknymi ruchami obok rysunku zrobionego brzydkimi ruchami. Ten drugi jest trudniejszy. Na sądzie odpadną przede wszystkim rysunki spontaniczne (zazwyczaj lecące na automatycznym pilocie), rysunki metafizyczne (igrające ze zwałami czystej abstrakcji). Ostaną się rysunki, którym udało się dobrze odegrać rolę świadka: wychwyciły rysunkową właściwość chwili w przychodni/królestwie i opracowały ją adekwatną akcją rysunkową, rzeźbiarską. Posiadły jakość narzędzia – wehikułu.

Na koniec królestwo/przychodnia przyjmie charakter prób Sądu Ostatecznego – możliwie „po dziecięcemu”, czegoś w rodzaju gabinetu luster (śmiechu) w Wesołym Miasteczku. Bez meta-narracji.

Lista konkluzji moich czcigodnych kolegów po fachu, którzy powinni zasiąść na ławie przysięgłych podczas prób Sądu Ostatecznego:

Do wina zawsze dolewaj wody – Leonardo da Vinci

Prawdziwy artysta pomaga światu odkryć mistyczne prawdy – Bruce Nauman

Formy na obrazie to grupa aktorów – Mark Rothko

Każdą formę powinno poprzedzać to, co do niej prowadzi – Jerzy Grotowski

Artysta to po prostu ciało-medium – Marcel Duchamp

Arcydzieło ? Nie, chodzi o następstwo dzieł, o ich ciąg – Andrzej Wróblewski

Jak już zostałeś artystą, nie możesz obawiać się, że zrobisz z siebie głupca – Francis Bacon

Kto pragnie, marzy a nie działa, szerzy zarazę – Wiliam Blake

Konkluzje przytaczam z pamięci ad hoc, daleko im do cytatów, wierzę, iż nie przeinaczyłem ich sensu.

2016

Wycinka drzew wokół przychodni/królestwa. W gabinetach wre. Czy rysunek musi udawać cele autora? Wyrażać jego emocje? Wściekłość? Papier jej nie udźwignie. No ale coś z furii przenika do rąk, stają się lodowate. Ci wszyscy humano-poli-gloci potrafią wytłumaczyć rozbieżne racje: że się nie chce ale musi, że by wybudować dom trzeba poświęcić drzewa, że głupi ma w sobie przecież coś mądrego, że to siła wyższa bo tak wygląda świat, no i to najpiękniejsze, sam cymes: że jesteśmy tylko ludźmi. W takich sytuacjach staję się rysującym monoglotą i rysuję rysunek wstydu za bycie człowiekiem. Z podskórną ochotą by mu kątem prostym, ekierką, cyrklem, dopierdolić. Suma sumarum, mierzę w siebie.

Po polsku: głuchy jak pień. Po hiszpańsku (Estas sordo? Como una tapia!) czyli głuchy jak mur. Polska wersja świadomościowo/kulturowo jest ułomna: dlaczego drzewo niby nie miałoby słyszeć? Hiszpańska wersja jest rozsądna: mur, by słyszeć, potrzebuje ekstra personifikacji, którą drzewo od zawsze posiada.
Meandry językowe versus meandry rysunkowe: Sokrates na drzewo! brzmi stosunkowo lekko wobec Sokrates na/pod mur! Rysunek (grupy rysunków) utożsamiam ze ścianą, murem. Duży rysunek drzewa na ścianie to nie tylko hołd, pokłon dla inteligencji i piękna organizmu drzewa; czujesz, że ręce/gałęzi po drodze z rysowaną gałęzią. Rysując Sokratesa nic bym nie poczuł.
Perfekcja zagęszczania, krystalizacja gęstości. Mrowie. Współistnienie. Co z bałaganem, tym słowem/ćwiekiem. Ciało bałagani, choruje,”wariuje” i ołówek potrafi to wychwycić. Jednakże choroba nie jest sukcesem pacjenta choć jest podstawą komunikacji pacjenta z lekarzem.
Co odsłania sztuka a co medycyna? Dlaczego rysujesz rysunek nie-wiadomo-czego i tytułujesz go wirusem. Rysowanie jest o krok, o trzy do przodu, myślenie zawsze się spóźnia. Gadasz do papieru: popatrz, co ci zrobię! Czas później porysowany papier odpyskuje: no to teraz popatrz, co ja tobie zrobiłem!!

Nie chcę przedstawiać własnych spraw w różowym świetle. W czarnym zresztą też. Chodzi o to, że brak poglądu nie może stać się, z braku laku, poglądem. Myślenie biegnie bezpoglądowo, dni nie biegną po linii formuł, pojęć, idei. Platonizmy, systemy śpią snem wiekuistym. Jest za to coś w rękach, spojrzeniu co skłania do akcji rysunkowej, na każdym kroku jest coś do zrobienia. I do oglądania i ewentualnie do pomyślenia. Oto cały pogląd.

Różnorakie grzechy jak choćby delikty będące skutkiem uprawiania sztuki bezobjawowej, będą wybaczone,  autor sztuki bezobjawowej wyląduje na lekkiej kwarantannie w czyśćcu. Gorzej będzie z mozolnym odróżnianiem wizerunków/obrazów poczytalnych od niepoczytalnych. Jeśli  próby Sądu Ostatecznego zdominuje pośpiech to główne sesje pójdą po bandzie i posypią się werdykty od czapy. Jednym słowem, będzie piekło.

Czcigodny John Cage: (…) Zanim zaczniesz studiować zen, ludzie są ludźmi a góry górami. Gdy uczysz się zen, wszystko staje się zagadkowe. Gdy się go nauczysz, ludzie znowu są ludźmi a góry górami. Powiedziawszy to, doktor Suzuki usłyszał pytanie: „Jaka jest różnica między przed i po ?”. Odpowiedział: „żadnej, tylko stopy odrywają się nieco od ziemi”.

W przychodni/królestwie ściany spuchły, zbliżyły się do siebie i zaraz zaczną zdychać z braku „oddechu”. Blisko rozpoczęcia prób Sądu Ostatecznego albo Przedostatecznego.

Wyjątki z tekstu Ilse Aichunger „Moja mowa i ja” : (…) No i siedzę z moją mową, tylko trzy metry od tych, którzy tak mówią. (…) My z moją mową nie odzywamy się do siebie, nie mamy sobie nic do powiedzenia. To, co powinnam wiedzieć, to wiem – że ona woli zimną kuchnię od ciepłej, że nawet kawa nie powinna być gorąca. To bardzo człowieka zaprząta. Jest co robić – nakryć, nakroić, zmierzyć zimno, wystudzić ciepło. A ona wpatruje się w morze. Łatwo jest mojej mowie wpatrywać, bo wszystko robię ja. (…) Ona wydaje się przeciwieństwem niektórych portretów, których wzrok wszędzie człowieka śledzi. Jej wzrok nie śledzi nikogo.(…) Zrobię dla niej, co będę mogła. Już sama pogawędka jej pomoże, rozmowa o niej, powtarzające się spostrzeżenia. Z czasem już nikt nic nie będzie od niej chciał. I ja się też do tego przyczynię. Gdzieniegdzie wplotę jakieś zdanie, które ja uwolni od podejrzeń.

© 2020 lab-kopernika. All rights reserved.